Znowu na weekend pogoda postanowiła się popsuć. Przynajmniej w Warszawie. Żeby chociaż normalnie popadało, pogrzmiało. Ale nie. Zachmurzyło się i nic dalej. Tylko czasem chłodem powieje przez szczelinę w drzwiach.
Słońce wróciło do siebie, jakoś tak mi teraz puściej, mimo, że rodzina wróciła i generalnie to w domu więcej ludzi niż przez ostatni tydzień. Ale jak wiadomo liczy się ilość a nie jakość, prawda? Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć - ja nie mam nic przeciwko mej szalonej rodzinie, ale...
I tak sobie dziś wegetuję... Trochę wspominając, trochę jednak pracując, trochę czekając na dzisiejszy wieczór z Panną Anną.
Z uśmiechem na twarzy tym razem wegetuję. Tak też można.
A może zacznę fotosyntetyzować?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz