Ostatnia część wakacji zajęta najbardziej.
Plany, wyprawy, wypady... Tak w biegu. Skalnie i miejsko. Zwiedzam świat po kawałku. Czasem nie mogę ruszyć się z miejsca, a czasem biegnę w kierunku horyzontu. A on dalej ucieka.
niedziela, 18 września 2011
sobota, 3 września 2011
Kawałek rosnący. Może dorastający?
Poszłam dziś na ślub. Ślub znajomej. Takiej starszej trochę, takiej ważnej, bo pokazała sporo świata i zaraziła wielką pasją (i sprawiła, że do dziś zasnąć nie mogę jak po zbiórce zostawię w torbie zwinięty mundur i wstawać muszę i wieszać go na wieszak albo składać). I spotkałam trochę z dawna nie widzianych ludzi. I jeszcze jedną taką, co też ważna była. I tak patrzyłam... Myślałam... I słuchałam "jak myśmy wyrośli". I rzeczywiście. Przecież dopiero co był pierwszy obóz... A teraz tyle z nas było już na "ostatnim"...
Niemniej jednak, pomimo tych bardzo zadumanych momentów rozmawiało się fantastycznie. Chyba właśnie dlatego, żeśmy wyrośli:)
Niemniej jednak, pomimo tych bardzo zadumanych momentów rozmawiało się fantastycznie. Chyba właśnie dlatego, żeśmy wyrośli:)
piątek, 2 września 2011
Kawałek zachmurzony
Trzy razy próbuję się obudzić.
Za pierwszym jest jeszcze ciemno, więc przewracam się na drugi bok i powracam do snów o słońcu.
Za drugim - ilość chmur nad moją głową przekracza maksymalny poziom wakacyjnego zadowolenia, więc nakrywam głowę kołdrą, zwijam się w kłębek, bo z okna wieje jakimś zimnym, zdecydowanie nie letnim powietrzem. Znów zapadam się w poduszkę.
Za trzecim razem się udaje. Chmury chmurami, ale jest dziewiąta i głód wygania mnie spod kołdry. I tak zjem dopiero za 30 minut.
Dalej przez okno widzę tylko chmury, a stopy sztywnieją mi z zimna. No tak - w domu nikogo, ale okna otwarte. Właściwie wszystkie.
Kaaaaaaawy... I skarpetek.
Na słońce nie liczę. Chociaż... chwilę, chyba właśnie próbuje się do mnie przebić parę ciepłych promyczków - przecież lato kończy się dopiero za trzy tygodnie!
Za pierwszym jest jeszcze ciemno, więc przewracam się na drugi bok i powracam do snów o słońcu.
Za drugim - ilość chmur nad moją głową przekracza maksymalny poziom wakacyjnego zadowolenia, więc nakrywam głowę kołdrą, zwijam się w kłębek, bo z okna wieje jakimś zimnym, zdecydowanie nie letnim powietrzem. Znów zapadam się w poduszkę.
Za trzecim razem się udaje. Chmury chmurami, ale jest dziewiąta i głód wygania mnie spod kołdry. I tak zjem dopiero za 30 minut.
Dalej przez okno widzę tylko chmury, a stopy sztywnieją mi z zimna. No tak - w domu nikogo, ale okna otwarte. Właściwie wszystkie.
Kaaaaaaawy... I skarpetek.
Na słońce nie liczę. Chociaż... chwilę, chyba właśnie próbuje się do mnie przebić parę ciepłych promyczków - przecież lato kończy się dopiero za trzy tygodnie!
czwartek, 1 września 2011
Kawałek w białej koszuli
Taki miałam dziś dzień. W białej koszuli. I nie - nie jestem radosną (ani nie-radosną) uczennicą śpieszącą do szkoły. Jestem czasem-radosną studentką w dwóch trzecich pięknych wakacji.
Na początku zarzucano mi chodzenie bez spodni, ale w końcu z domu się tak nie ruszyłam, prawda?
A tak też należałoby kiedyś spróbować. Zanim lato się skończy!
Na początku zarzucano mi chodzenie bez spodni, ale w końcu z domu się tak nie ruszyłam, prawda?
A tak też należałoby kiedyś spróbować. Zanim lato się skończy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)